Monday, February 23, 2009

Wreszcie...

No bo problem wcale nie jest trywialny.

Wyobraźmy sobie, że jakiś kraj pełen złych ludzi (powiedzmy - skośnoocy gdzieś znad Jangcy) chce zrobić kuku sieci informatycznej innemu krajowy pełnemu mniej złych ludzi (powiedzmy że gdzieś w Europie, gdzie pije się dużo czerwonego wina). Ale nie robi tego bezpośrednio tylko wykorzystuje do tego sieć zawirusowanych komputerów w trzecim kraju (głupio uśmiechające się czerstwe twarze gdzieś nad Bałtykiem). Co wtedy ma zrobić Francja? Czy atakować swoimi głowicami nukearnymi Estonię czy Chiny?

Na szczęście chłopaki zza wielkiej wody zaczęli wreszcie pracować nad zdefiniowaniem tzw. rules of engagement. Trochę tutaj.

2 comments:

Olleo said...

A myslales kiedys o kilku malych taktycznych bombkach rozmieszczonych w kluczowych wezlach sieci energetycznej (np. elektrowniach i to wcale niekoniecznie atomowych)? Wiekszosc krajow, z USA na czele, nie ma na tyle rozwinietej sieci, ani zapasu produkowanej energii, by pokryc straty doslownie kilku elektrowni.

November said...

Ale to juz jest sprawa jasna - jest to fizyczna ingerencja.
W przypadku tego powyzej - nie ma punktu zaczepienia, nawet nie musimy wysylac tam jednego czlowieka. Wystarczy jeden kabelek LAN....