Thursday, January 22, 2009

O co w tym chodzi

Bo jak tak sie trochę pojeździ to człowiek naogląda się co niemiara, ale ile z tego wszystkiego zrozumie? Bo tak siedząc tu, w Afryce Centralnej, już dość długo, to wyrabia mi się jakiś pogląd jak to tu jest poukładany świat równikowy.

Oczywiście bieda, piękna natura, dzikie zwierzęta, wspaniałe krajobrazy, zachody słońca, ośnieżone Kili itd. Ale najbardziej wyraźnym wspomnieniem dla mnie będzie bezwzględność tutejszych ludzi. To w sumie dziwna rzecz jest, dość subtelna i bardzo przerażająca...

Jak tylko ktoś ma tu jakąś władzę nad kimś innym to bedzie ją wykorzystywał a nawet pokazywał to do samych granic. U nas, w Europie, jakoś liczymy się z innymi ludźmi. Tu - nie. Tu fakt że mam władzę znaczy to że będę ją wykorzystywał bezwzględnie, nawet będę się nią napawał... No nie, to już za daleko. W tym nie ma żadnej agresji czy złośliwości... Po prostu nieczułość.

I to może być coś tak błahego jak wizyta w restauracji. Kelner po prostu jest ofiarą, nawet nie jest podczłowiekiem. Po prostu jest narzędziem. Klient tu nie myśli, że kelner też jest takim samym człowiekiem, że ma jakieś uczucia, emocjie, że może mieć gorszy dzień. Nie, tu kelner jest postacią podrzędną i jako taki nie może nic, musi usługiwać klientowi i przyjmować z uśmiechem wszystkie jego fanaberie. A nie będą one wynikać z jakiejś złośliwości tyko z bezwzględności i maksymalnie rozwinętej nieuwagi (nieuwagi w sensie ontologicznym, czyli niewrażliwości i niepostrzegania innych). Ten schemat zachowania jest tak głęboko zakorzeniony, że obserwuję go nawet u moich kolegów/koleżanek z pracy, ludzi wykształconych i niby śmietankę Kenii.

I takie sceny to normalna rzecz w knajpie. To samo przekłada się na polityków, policjantów, to nawet widać po tym jak ludzie tu jeżdżą samochodem. Nikt sie nikim w żaden sposób nie przejmuje. To też tłumaczy te wszystkie masakry, nie tylko w Kenii. Po prostu inni ludzie są... przedmiotowi. Do samych granic znaczenia tego słowa. Stąd te zamieszki w Kenii rok temu. Bo ludzie to instrumenty, pionki, nic nie znaczą i można ich używać do wszystkiego.

Taka jest moja Afryka.

3 comments:

yacoob said...

Bardzo ciekawe. To są właśnie te pozytywne strony podróżowania, że człowiek jest w stanie naocznie zwerfyikować 'to co tu się właściwie dzieje...?'.

Swoją drogą, z czego to wynika? Lokalne religie i wierzenia nie propagują poszanowania drugiego człowieka? To dosyć, hm, autodestrukcyjne powiedziałbym, zupełnie nie w stylu religii (wirusy, jak wiadomo, muszą dbać o swojego gospodarza... :)

A, i wyślij wpis na http://emigracyjny.blog.polityka.pl/ :)

November said...

Lokalne religie, czyli krześćjanstwo? Czy to aby nie krześćjanie wymordowali kilka milionów Indian? Tu dopiero widać, że religia to opium dla ludu... Kościół swoje a rzeczywistość swoje... Troche tu jak w RP, tylko, że mocniej i bardziej do bólu. Ludzie idą do kościoła (wiesz, że msze trwają tu minimum 2.5 h?), śpiewają, tańczą, gadają językami, chodzą po wodzie itd, a potem idą do domu, biją żonę i dzieci, zdradzają się nawzajem jakby im za to płacili a w wolnej chwili wyrzynają jakąś wioskę bo ich pra-pra-pra... ukradł kiedy komuś krowę czy tam główkę kapusty...
Pamiętasz Blood Diamond? T.I.A...

November said...

na http://emigracyjny.blog.polityka.pl/ nie chce mi sie zakladac konta... Jak masz to, proszę, sam mnie wpisz ;-p