Monday, November 17, 2008

Symfonicznie

Leszek dał cynk że w sobotę wieczorem jest koncert z okazji 60-cio lecia Nairobi Orchestra. Nie wiedziałem co będzie grane, ale wyposzczony muzycznie i tak wybrałem się.

Nie było takiego folkloru jak się spodziewałem, w składzie orkiestry zaledwie kilku lokalnych, w tym piękna afrykańska wiolączelistka... Hmmm, wiolączelistka...

Było bardzo fajnie. Mimo wszystko... Bo fortepian był taki... podławy, zdecydowanie nie koncertowy, sala nienajgorsza, tłum ludzi (o dziwo - dużo lokalnych, oczywiscie była śmietanka Nairobi - wszystkie te ambasabory, konsule i ministry). Askari (czyli ochroniarze) nie wyłączyli swoich krótkofalówek i co chwile w czasie koncertu robiły im brrrrit. Jakieś straszne baby (bo nie znam innego określenia) przywiozły na koncert swoje czteromiesięczne dzieci w wózkach. Po co? Chyba tylko po to żeby dziecko się mogło rozedrzeć w połowie Andante graciozo. Wyprowadzić i rozstrzelać!

Program zawierał między innymi koncert fortepianowy Schumanna (choć interpretacja była inna niż ta, z którą jestem zaprzyjaźniony), to bardzo mnie się podobało. Solistą był chłopak z Ugandy - Ian Kiwuwa. Nieźle wymiatał, naprawde trzeba przyznać, że poziom wykonania rewelacyjny. Jeszcze jakby dyrygent (Damian Penfold) orkiestrze nie przeszkadzał...

W czasie przerwy popijaliśmy na tarasie Cabernet Sauvignon, wiała lekka bryza a cykady próbowały konkurować z muzykami...

Po przerwie byłem bardzo miło zaskoczony dziełem Vaughana Williamsa Norfolk Rhapsody. Dopiero tu dyrygent rozwinął skrzydła. Nie znam w ogóle tego kompozytora a musze przyznać, że to było piękne...

Niby koniec świata, wieś i zadupie (tu ukłon w stronę Pepcia), ale czasem można czegoś miłego doświadczyć.

No comments: